
Są pewne momenty w życiu człowieka, kiedy nie może on ufać sam sobie. Strach, gniew, ból — niszczą go od środka, a każda próba zapomnienia odbiera mu coraz to kolejne kawałki duszy. Ucieka. Nie potrafi poradzić sobie z przeszłością. Pragnie zapomnieć. Alkohol, narkotyki, przypadkowy seks mają pozwolić się oderwać i wprawić w letarg, gdzie nic nie ma znaczenia. Choć jego życie mogłoby być lepsze, to nie czuje potrzeby walki. Ciągłe pretensje ze strony innych, wstręt do samego siebie — osłabiają go. Niszczą od wewnątrz i odbierają własną tożsamość. A co jeśli pewnego dnia, w którym będzie pragnął zapomnieć, zdarzy się coś, co zmieni jego życie. Jeden moment, który wyrwie go z tego letargu i przypomni, czym na czym polega prawdziwe życie. A na drugi dzień ten człowiek nie będzie go pamiętał. Jego podświadomość będzie próbowała ukazać mu, to co się zdarzyło, ale on nie będzie gotowy. Aż tu nagle okaże się, że mógł być świadkiem porwania lub morderstwa. Co wtedy zrobi? Kochani, dziś przychodzę do was z recenzją książki, która bezgranicznie mnie wciągnęła i wplątała w sieć niedomówień, zniszczyła wszystkie przypuszczenia, zabrała w labirynt kłamstw, który nie tak łatwo opuścić. Uzależniająca, nieprzewidywalna, niepokojąca — taka właśnie jest ,,Dziewczyna z pociągu" Pauli Hawkins. Zahipnotyzowała mnie i sprawiła, że do końca nie wiedziałam, kto jest kim. To jedna z niewielu książek, które robią tak wielki mętlik w głowie i wprowadzają w stan, w którym nie można ufać samemu sobie. Zapraszam na recenzję!
